środa, 29 stycznia 2014

TEHERAN - KOSZMARNY FASCYNUJĄCY MOLOCH

Często czytuję, albo słyszę od podróżujących do Iranu, że kraj ich urzekł, ale do Teheranu za nic by nie wrócili. Niewyobrażalnie zatłoczony, zanieczyszczony, śmierdzący i zakorkowany - tak mniej więcej wspominają to miasto. To prawda, taki właśnie jest Teheran. Ale to tylko jedna prawda o nim, ponieważ to miasto szkatułkowe, w którym, jak w opowieściach Szaherezady zawiera się nieskończenie wiele historii. Na ogół Teheran tonie w oparach smogu, do tego stopnia, że powstał pomysł wyprowadzenia ze stolicy części administracji państwowej, żeby nieco zmniejszyć zanieczyszczenie. Ale jest taki magiczny moment w roku, kiedy można zobaczyć cały urok miasta. Jeśli się tam mieszka, warto choć raz nie wyjechać nigdzie na Nouruz, i przyjrzeć się, jak pięknie wygląda Teheran na wiosnę, z przejrzystym powietrzem i pustymi ulicami. A wygląda zjawiskowo: wyraźnie widać ośnieżone jeszcze szczyty górskie, w przydrożnych rowach płyną wartkie strumyki, a na ulicach zamiast zwykłego tłumu rzucają się w oczy piękne platany. Taki także bywa Teheran.

Panorama Teheranu

Topografię miasta wyznaczają warunki naturalne: na północy piętrzą się góry, na południu zaczyna się pustynia. Bariera górska zatrzymuje chmury ciągnące znad Morza Kaspijskiego, toteż w samym Teheranie niewiele pada. W lecie deszcz jest zjawiskiem niespotykanym, pora opadów zaczyna się jesienią i trwa do wiosny, raczej wczesnej. W zimie pada śnieg, ale rzadko dociera do południowej części miasta. Kiedy dociera, powoduje katastrofy komunikacyjne - kierowcy ani nie potrafią jeździć na śliskiej nawierzchni, ani nie słyszeli o oponach zimowych. W lecie na północy można liczyć na lekki przewiew i cień wiekowych platanów, na południu natomiast należy się spodziewać wyłącznie strasznego skwaru, który nawet w nocy jest uciążliwy. Nic dziwnego, że północną część miasta upodobali sobie bogaci a południową zamieszkują ci, których tylko na to stać. 

Dziś już pośrodku, niegdyś na południu, leży bazar, wokół którego zachowały się resztki starego miasta z wąskimi uliczkami i tradycyjną zabudową z gliny wymieszanej ze słomą. Wielu bogatych bazarich dawno się stamtąd wyniosło, ale są i tacy, którzy nie potrafią sobie wyobrazić życia gdzie indziej niż w tej niemodnej, ale tradycyjnie zorganizowanej dzielnicy, gdzie mogą liczyć na szacunek sąsiadów. Życie odbywa się za murami, gdzie poza domem jest miejsce na malutki hajat, podwórko z basenem pośrodku. Coraz częściej nawet mieszkańcy bogatej północy nie mają tej odrobiny intymności, jaką zapewniał tradycyjny dom - u nich także developerzy pilnie liczą zarobki. Na południu zanikanie takiej zabudowy jest tym bardziej bolesne. Po rewolucji, kiedy Teheran rozwijał się w szalonym tempie ściągając prawie całe klany, a nawet wioski, nowoprzybyli często osiedlali się w jednej dzielnicy. Są na południu Teheranu ulice, które przypominają wieś przeniesioną w strukturę miasta. Często językiem dzielnicy nie jest wcale perski a azerski. Skromnie tam i biednie, ale swojsko i bezpiecznie a sąsiedzi przesiadują wspólnie na przyzbie patrząc na bawiące się dzieci. Dziś nowoprzybyli mieszkają zwykle w mieszkaniach, pozbawieni nie tylko podwórka, ale i sąsiadów, z którymi coraz trudniej nawiązać kontakt. Wielu się na to skarży.

Zarazem anonimowość jest tym, co wielu w Teheranie pociąga a czego turysta nie doceni. Zasada "mój dom - moja twierdza" rzadko bywa naruszana, nawet przez policję. Dlatego, choć oczywiście jest to zakazane, w Teheranie odbywają się "domówki", o jakich rozmachu może zamarzyć Warszawa. Nie ma takiej rzeczy, której nie można zamówić przez telefon tak, by została dostarczona na miejsce. Za zamkniętymi drzwiami ludzie żyją jak chcą i nikt o to nie pyta, nawet sąsiedzi, którzy w mniejszych miastach lubią trzymać rękę na pulsie. A wiem co mówię - mieszkałam i na północy, i na południu i w centrum i nawet na wschodzie Teheranu. Nigdy nie zdarzyło mi się tylko zamieszkać na zachodzie. Na szczęście wpadłam na bardzo ciekawą książkę antropologia Shahrama Khosraviego, który prowadził badania wśród tamtejszej młodzieży.

Jednym słowem, Teheran oferuje intymność, której tak mało w irańskiej kulturze. Moje koleżanki ze studiów, dziś poważne panie badaczki i nauczycielki, mogą zmieniać skórę - rano w chałaciku (manto i maghna'e) do pracy, popołudniu już mocno wymalowane i narażone na to, że je szatan za włosy pociągnie do piekła (tak się dzieje, kiedy kobiece włosy wystają spod chustki) biegną na randki i na zakupy. Kiedy spotykają kogoś z biura, obie strony nieśmiało spuszczają oczy, albo odwracają głowę. Teherańczycy uczą się szanować swoją prywatność.

Nie wszyscy może wiedzą, że Teheran jest wspaniałym miastem dla zakochanych. Zapewnia im liczne parki, małe knajpki, wąskie uliczki a nade wszystko anonimowość. Trzeba mieć pecha, żeby spotkać znajomych, chyba że chodzi się po Enghelabie, opodal Uniwersytetu Teherańskiego, gdzie wszyscy wybierają się po książki. Widuje się więc pary trzymające się za ręce, współobjęte, nietrudno też przerwać nieopatrznie intymny moment pocałunku. Ulubioną formą transportu zbiorowego zakochanych było do niedawna przednie siedzenie kursowych taksówek, dziś już niestety zakazane ("niestety" z ich punktu widzenia, bo dzielenie tego siedzenia z obcym, niedomytym grubasem nie należało do przyjemności). 

I mogę tak snuć tę opowieść, ale - żeby wybrzmiała - nie obędzie się bez zdjęć. Oto przedsmak - z lotu ptaka. Więcej w kolejnym wpisie, bo - jak wnoszę z różnych komentarzy - Teheran Was zaciekawił.

Teheran od strony gór, Darband, fot. KR
Darband - jeden z najpopularniejszych górskich "punktów wypadowych". Dzisiaj leży w centrum miasta, ale Polka, która jako dziecko trafiła z Armią Andersa do Iranu opowiadała mi, że mieszkali przy Darbandzie i do Teheranu trzeba było jeździć na osiołku.

Z tej samej strony w zimie, fot. KR

To zdjęcie zrobiłam schodząc z Darbandu, fot. KR